Witajcie, kochane!
Na początku dziękuję Wam serdecznie za wszystkie wspaniałe,
ciepłe, dobre słowa pod poprzednim postem – od razu przegoniły resztki chandry
na cztery wiatry. Nawet fakt, że dziś musiałam wciągnąć kozaczki na odnóża i
ratować się grubym swetrem, nie zmącił mojego dobrego nastroju. Zdradzę Wam
też, że motylowym albumem postanowiłam kogoś uszczęśliwić (albo
unieszczęśliwić, hi hi) i jutro pędzę na pocztę, więc strzeżcie się:)
A teraz pokażę Wam kartkę, którą zrobiłam na Cykliczne Kolorki u Danutki. Zawiera całą paletę kolorów ognia, a więc czerwony,
pomarańczowy i żółty. Do tego obowiązkowa czerń.
Kwiatki narysowałam mazakiem do płyt CD i pokolorowałam
flamastrami szkolnymi:) Wzorowałam się na kwiatach, które dostałam w
wymiance wielkanocnej "Zrób to sama" od Ewci – Hubki.
W środku miejsce na życzenia.
Kartka powstała na imieniny pani Zofii, koleżanki mojej
Mamci.
Co do upodobań kolorystycznych, to bardzo lubię barwy ognia,
byle nie na sobie. Choć pewne elementy garderoby w kolorze żółtym, a nawet
pomarańczowym bym znalazła. Nie noszę natomiast czerwonego, choć był czas, że
ubierałam się na czerwono od stóp do głów i nawet miałam czerwone włosy. Za to
w przyrodzie – ech! Czerwone maki w zbożu. Pomarańczowe nagietki i nasturcje
zapamiętane z ogródka Babci. Żółte kaczeńce nad stawem i mlecze na przydomowym
trawniku. No i ogień, splatający te trzy barwy razem. Natura jest
najpiękniejszym arcydziełem.
Moja karteczka wprawdzie arcydziełem nie jest, ale nawet mi
się podoba. Teraz uraczę nią Stefana, a potem będę się rozkoszować kisielkiem
malinowym, który mi właśnie stygnie.
Buziaczki ogniste,
Gosia
